Festiwal szyderczych banałów

Just another nancy boy

brzmij niebanalnie
połącz nonsensy
w natręctwa
odbijające się w głowie echem
zapętlonych obsesji

bądź oryginalny
oświeć losowe zlepki 
słów łuną refleksyjności
niekonsekwentnych rymów

łam schematy
przyoblecz niesylabiczność
wersów w myślowe orgie artyzmu 
gwałtem świadomości

namiętnie uskuteczniaj
intelektualny geniusz
wypływając na głębokie wody

półgodzinnych kąpieli

spokojnie
Achtung rosadził mi dom
a on urodził się artystą

bo nie mógłby być artystą 
nie będąc urodzony
zjadł swoje uczucia
ma wyrzuty sumienia
i żołądka
los ten przypadkowy
jak czajnik elektryczny
i zepsuty fortepian
na ósmym piętrze 
podmiejskiej kostnicy
mama wyczyściła mi płuca
szczoteczką do zębów
obcięła paznokcie 
krajaczem do chleba
wyłupała oczy
łyżeczką do spalań

to twój detonator
w pudełku na kanapki

pada
pot miesza się z deszczem
a deszcz ze łzami
mokry świat mnie już nie parzy
pada
pada
padam

zagnieżdżone głęboko w dalekiej teraźniejszości
fragmenty rozerwane pragnienia głosów
nikt nie przedrze się do mojej nicości
subtelnym dotykiem, namaszczeniem włosów

skrzepy słów utknęły na dnie wyobraźni
głośno milczą i o sens raczą mnie pytać
brudny umysł na bezdrożu jaźni
do zacisza paranoi chcący zawitać

całkowicie pochłonięta błogą dezorientacją
na rzeczywistość spoglądam nad wyraz czule
gdy twe ego jedynie pustą formacją
przygarniam i do swych myśli tulę

chcę spać
ale niechęć wzięła się z chęci
niczym ład z pierwotnego chaosu
podryguję więc nerwowo
w rytm stukania trzonowców
o jebany stolik do kawy

truchlejący estetyzm
lepka woń chaosu
od której języka słodyczy 
nie mogę oderwać ust

orgia bezguścia
matowy róż obsesji
galopujący w pastelowej osłonie
puchatego zakłopotania

trędowate piękno
lukrowany banał
cukierkowych skrzepów kiczu
wstrzykiwany działkami

kulawe
słowa moje zawsze
przeciwko moim słowom
tłoczone
wynurzenia senne
w nadpobudliwym rytmie
uśpiona
neuronowa sterownia 
w stanie czuwania
zwisa mi
na krzyżu bezradności
rozczłonkowana wyobraźnia
późnym nadranem 

mniej ludzi
więcej człowieka

istnieją
niezgłębione pokłady wstydu
rozgrzebywane niechcący
niezdarnymi słowami

istnieją
niezbadane głębie świadomości
zasypywane skrzętnie
dłońmi schematyzmu

istnieją
wysokie wzgórza emocji
omijane pospiesznie
slalomem wiedzy

istnieją
twarde skały osobowości
kruszone pobożnie
kilofem jednolitości

istnieją
nieodkryte złoża słów
odkładane mimowolnie
w czeluściach rozpaczy

wysokomostowe
skoki temperatury
i nie tylko
nie zapomnij
cieszyć się wiatrem
we włosach
śmierć lubi czekoladę